Ściany padały ze śmiechu

Recenzja spektaklu „Premiera, która poszła nie tak” Henry’ego Lewisa, Jonathana Sayera i Henry’ego Shieldsa w reż. Janusza Szydłowskiego w Teatrze Variete w Krakowie

,,Nie umieć to pestka, ale udawać,
że się nie umie to dopiero sztuka’’
– Edward Dziewoński

Wybrać się na premierowy pokaz spektaklu, który już w tytule ostrzega, że może się wydarzyć w nim wszystko, jest pomysłem iście kaskaderskim dla przyszłego autora recenzji. Co w spektaklu, który skupia się na tym, jak bardzo nie wychodzi przedstawienie w przedstawieniu, można wziąć pod uwagę? Takie oto pytanie zadawałem sobie oglądając ,,Premierę, która poszła nie tak’’ w reż. Janusza Szydłowskiego, ale idąc za opinią słynnego Dudka miałem ułatwione zadanie.

fot. Łukasz Popielarczyk

Pierwsze pytanie: czy czułem się przekonany, że te wszystkie wydarzenia, łamiące się rekwizyty, zapomniane kwestie, pękające żarówki i niezamierzony wgląd w kulisy wypadają przekonująco na tyle, bym zapomniał o ich pełnej premedytacji? Zdecydowanie tak, spektakl wciągał w atmosferę nieprzygotowania jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem – ostatnie poprawki aktorów w rolach techników czy angażowanie przybyłych nieco wcześniej na widownię widzów w pomoc ekipie. Całość scenografii, przygotowanej by „walić się” w określonych momentach lub wytrzymać nie krócej niż to jest wymagane, operowanie wystrojem wnętrza przez aktorów na tyle umiejętnie, by było to zarówno nieporadne z pozoru i precyzyjne od strony warsztatu, wszystko to bezbłędnie przekonywało o tym, że w samej rzeczy przedsięwzięcie jest w rozsypce. Naturalnie spory udział w całości tego wrażenia ma precyzyjnie rozpisany scenariusz i niewidoczna praca ekipy technicznej, jednak w obrębie wszystkich interakcji scenicznych precyzja ruchu wymagana dla stworzenia efektu komediowej nieudolności była pierwszorzędna.

Pytanie drugie: czy gotowy byłem uznać aktorów za zupełnych dyletantów i amatorów, pozbawionych podstawowego warsztatu aktorskiego? Niestety, nie. Nie pozwoliłem się przez większość czasu oszukać, że komuś w samej rzeczy dzieje się krzywda, ani że efekt powtarzany przez aktora, by wywołać oklaski, rzeczywiście jest obliczony na wywołanie braw. W ciągu całego spektaklu jedynie trzy razy zadrżała we mnie struna niepokoju o los aktorów. Pierwsza podczas zderzenia Trevora (Michał Felczak) ze ścianą, drugi wraz ze spadającym na Jonathana (Cezary Kołacz) żyrandolem i trzeci, gdy Dennis (Karol Wolski) z wielkim wysiłkiem uginał się pod ciężarem szezlonga. Z drugiej strony jedno zespołowi aktorskiemu z pewnością się udało – zamiast czekać na kolejne gagi i efekty związane ze scenografią, niemalże namiętnie śledziłem fabułę spektaklu ,,Morderstwo we dworze Haversham’’, nie zaś ,,Premiery, która poszła nie tak’’. Być może z tego właśnie powodu większość małych katastrof, z jakimi zderzały się postacie, była tym bardziej zaskakująca, więc być może aktorzy spełnili swoje zadanie wyśmienicie, a ja jedynie niewłaściwie to postrzegam.

Pytanie trzecie: czy jest sens w wystawianiu spektakli niemalże żywcem skopiowanych z Broadwayu czy West Endu, przetłumaczonych i umieszczonych niemalże jeden do jednego wraz z projektami scenografii, ruchu scenicznego i kostiumów? Zdecydowanie tak. Dostępność tego typu przeżyć zarówno na odpowiednio przygotowanej scenie, do której widz ma dostęp, oraz możliwość śledzenia wydarzeń w macierzystym (bądź ojczystym) języku jest nie do podrobienia pod kątem emocjonalnym i niemożliwym do zastąpienia nawet zakładając, że któryś z widzów wybierze się na to samo przedstawienie np. w Londynie.

Pomimo, że bilety nawet w miesiąc po premierze sprzedają się jak szalone, wydaje mi się drogi czytelniku, że warto w poszukiwaniu teatralnej rozrywki przyjrzeć się propozycji z Teatru Variete, zwłaszcza, że nie tak często tego typu literatura teatralna pojawia się na krakowskich deskach scenicznych.

Mateusz Leon Rychlak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *