Gorycz zakazanego drzewa

Recenzja spektaklu w Teatrze Barakah, reż. Greta Oto (Wiktor Stypa/Anita Szymańska)

Życie żąda od nas obłudy i hipokryzji.

– Markiz de Sade

Dobrze przemyślana intryga to już połowa sukcesu. Wystarczy tylko ufać, że puszczony w ruch mechanizm wykorzysta wszystkie słabości osób w nim uwzględnionych. Na taki obrót spraw liczą bohaterowie spektaklu z Teatru Barakah pt. „Niebezpieczne związki” w reż. kolektywu Greta Oto (Wiktor Stypa/Anita Szymańska). Powieść i dwie ekranizacje, a teraz inscenizacja, która zręcznie operuje symboliką i ciekawie przedstawiają drastyczną stronę opowieści.

Zdjęcie ze spektaklu ,,Niebezpieczne związki"
fot. Piotr Kubic

W tym spektaklu znalazło się kilka narzędzi, które w niewielkiej przestrzeni scenicznej Teatru Barakah sprawdzają się bardzo dobrze. Po pierwsze balansowanie na krawędzi jeśli chodzi o przedstawianie scen brutalnych. W bliskim kontakcie widza ze sceną, dynamiczne choreografie i realistyczne środki nie sprawdzają się zbyt dobrze, gdyż z łatwością można je przejrzeć i dostrzec ich udawany charakter. W tym spektaklu wyeksportowano je do przestrzeni wizualizacji cyfrowych, gdzie ich wzmocniony muzyką i montażem przekaz oddziałuje wręcz kinowo.

Podobnie ciekawie przedstawia się kwestia kostiumów, za które odpowiada Monika Kufel. Z jednej strony są stylizowane na stroje z epoki, ale składają się wyłącznie z elementów bielizny, gorsetów i stelaży do krynolin. Dzięki temu z jednej strony umieszczeni jesteśmy w estetyce właściwej dla czasu akcji, a z drugiej pojawia się jasny komunikat wkomponowujący się w fabułę spektaklu, o rozwiązłości sztucznie pruderyjnego społeczeństwa.

Dramaturgia zbudowana jest bez większych zaskoczeń i zwrotów akcji. Przejrzysta myśl o konsekwencji własnych działań jest czytelna. Jednakże trudno mi odnaleźć w przedstawieniu ,,metateatralną formę śledztwa”, o której mowa jest w opisie spektaklu. Na próżno poszukiwać tutaj klasycznie kryminalnych zabiegów takich jak narracja wsteczna czy retrospekcja. Rdzeń tej intrygi z perspektywy widza leży gdzie indziej, mianowicie w tragedii jaka jest skutkiem igraszek z cudzym losem. To właśnie ten czynnik prowadzi bohaterkę Markizę de Merteuil (Monika Kufel) do kary w postaci towarzyskiego ostracyzmu. Scena kończąca spektakl jest wręcz nabuzowana od żalu i rozpaczy wobec tego wydarzenia. Nawiasem mówiąc zakończenie jest odrobinę zbyt rozwleczone, i mogłoby mieć nieco bardziej intensywną a zarazem krótszą formę.

Całe przedstawienie korzysta z dużej ilości ciekawych drobiazgów, takich jak zamiana pojedynku na grę w badmintona, skorzystanie z jabłek jako symbolu ,,grzechu” seksualnej swobody. Elementy te bardzo dobrze budują niewerbalną płaszczyznę przekazu w dostępnej przestrzeni.

W kontekście aktorskim na pewno pochwała należy się Zuzannie Woźniak, która musiała w całym spektaklu swoją postacią budować kontrę dla „zdeprawowanej” zbiorowości, przeradzającej się z przytłoczenia w bezsiłę, a z bezsiły w bunt. Charakter nadany postaci Cecylii, daje wiele do myślenia, ale nie wykracza poza ramy przyjęte dla fabularnego umiejscowienia spektaklu. Bohaterka Zuzanny Woźniak nie jest ani sufrażystką, ani nowoczesną kobietą świadomą swojego miejsca w świecie, ale mimo to pozostaje nieugięta w sprzeciwie wobec obłudy społecznej i wyrządzonej jej samej krzywdy. Uwagę zwraca również przerażająco realistyczny Valmont, w którego wciela się Michał Kościuk. Od kreacji bezwzględności, brutalności i perfidii można dostać gęsiej skórki.

Całościowo rekomendację spektaklowi wystawiam ostrożnie pozytywną. Z pewnością znalazłbym kila przestrzeni, w których twórcy mogliby lepiej skorzystać z dostępnych środków, lub tu i ówdzie ująć nieco zbędnych elementów. Tym niemniej estetyczna i logiczna spójność finalnie pozwala stwierdzić, że wieczór spędzony z tym spektaklem nie był zmarnowany.

Mateusz Leon Rychlak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *