Czarny cień skrzydeł
Recenzja spektaklu w reż. Daty Tavadze w Teatrze Dramatycznym w Warszawie
Trzeci niesie ci śmierć,
tak, trzeci niesie ci śmierć.
Niesie śmierć twoim bliskim,
nieznajomym twym niesie ją.
– KULT „Jeźdźcy”
Gruziński reżyser, meksykański pierwowzór i polskie wykonanie, co może przynieść taka mieszanka? Spektakl „Anioł zagłady” (reż. Data Tavadze), którego premiera miała miejsce pod koniec sezonu 2025/2026 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, to metaforyczny makroobraz mikroświata elit, w rozpadającym się społeczeństwie, a zarazem tragikomiczny koszmar będący udziałem bohaterów spektaklu.

W świecie wszechobecnej szarości tęsknota do glamour wydaje się nieodparta. Idąc za tą pokusą autorzy spektaklu wprowadzają widza w pełen przepychu świat spektaklu, zaczynający się jeszcze za drzwiami widowni. W monumentalnym foyer Teatru Dramatycznego, działającym jako przedłużenie scenografii, wyjście poza ramy samej sceny pasuje tak dobrze, jak w niewielu innych przestrzeniach w Polsce. Wprowadzenie publiczności na widownię w roli gości, wzmaga immersję świata przedstawionego, wykorzystując jako część spektaklu szum i rumor, jaki zwykle czynią widzowie przy zajmowaniu miejsc. Oczywiście w żadnym sensie nie jest to pomysł nowy ani odkrywczy, jednak jego zastosowanie poziomuje relację widza z przedstawieniem już na samym początku. Reszta scenografii stanowi mieszankę arystokratycznego przepychu z właściwą dla sci-fi lub narkotycznego transu florą w fantastycznych i tajemniczych odcieniach fioletu i niebieskiego.
Jaka opowieść została umieszczona w takiej scenerii? Bohaterowie skazani na swoją obecność, spętani zasadą trzech jedności (czasu, miejsca i akcji), wciągnięci są w pułapkę własnego konwenansu, niewolniczo podtrzymywanej iluzji stabilności, tak potężnej, że zaczyna więzić swoich twórców. Zamknięci we wstędze Möbiusa, kręcący się po schodach Penrose’a, doświadczają pełnego cyklu rozpadu społecznego od upadku autorytetów, przez dyktaturę siły, po anarchię i chaos.
Bohaterami tego dramatu są w zasadzie anonimowe postaci o bardzo archetypicznym rysie. Spośród tych najbardziej znaczące pozostają postaci Gospodyni (Anita Sokołowska) i Gospodarza (Damian Kwiatkowski), reprezentujący niejako twórców całej tej – w ostatecznym rozrachunku – makabrycznej sytuacji. Anita Sokołowska świetnie portretuje desperacką determinację utrzymania status quo, pomimo wydarzającej się właśnie katastrofy. Damian Kwiatkowski z kolei wciela się w postać równie zdeterminowaną co chaotycznie zagubioną.
Kontrastem dla tych dynamicznych postaci, jest flegmatyczny służący. W tej roli Mateusz Weber był w stanie wprowadzić rozchwianie na krawędzi oniryzmu, jednocześnie stając wobec istotnego wyzwania, jakim – dla polskiego widza – jest oczywiste skojarzenie przedstawiciela spoza „elity” w grupie popadającej w coraz głębszą się dekadencję. Schemat wpojony nam przez „Tango” Mrożka, wymaga bardzo sprawnego kierowania postaci, aby kontekst kulturowy nie nałożył się zbyt mocno na obraz kreowany przez aktora. W mojej opinii Weberowi udało się uniknąć tego skojarzenia w swojej kreacji, budując własną postać na miarę opowiadanej historii.
Wśród bohaterów jest też polityk (Mariusz Drężek), wojskowy (Michał Klawiter), próbujący wyzyskać zaistniałą sytuację, a także pozostali racjonalizatorzy i potakiwacze, wiedzeni na sznurku złudzenia. Cała ta zbiorowość zamknięta w labiryncie luster, z których zbudowane są ściany powiększające optycznie przestrzeń sceniczną, skazana jest na spotkanie z tytułowym aniołem zagłady. Terroryzowani przez Gospodarza i Gospodynię, w chwili pojedynczego zrywu wydają się osiągnąć cel swojego buntu, a jednak ponownie padają, jak fala rozbita o klif. W tym konkretnym momencie przyszło do mnie skojarzenie wizualne: aktorzy skupieni są wokół stosu mebli zgromadzonego pośrodku sceny, kompozycja ta silnie przypomina mi obraz Théodore’a Géricaulta, „Tratwa Meduzy”. I w tym właśnie stanie znajdują się bohaterowie, rozbici, zrozpaczeni, podążają ku mrokowi zamykającemu ten spektakl.
Tavadze, przedstawił jedną z najciekawszych spośród oglądanych przeze mnie w ostatnim sezonie rekonstrukcji lęków zakorzenionych w stabilnym społeczeństwie. Pozwolił zajrzeć widzom, tuż za róg ulicy, w dół której zmierzamy. „Anioł zagłady” stanowi znak ostrzegawczy, rozpalony do czerwoności świetną reżyserią i przemyślaną warstwą wizualną. Tavadze mówi „Uważajcie”, jednak czy teatr ma dość mocy, by ktokolwiek był w nim zdolny powiedzieć, z mocą właściwą demiurgom „Stop”?
Mateusz Leon Rychlak