Ani żartem, ani serio
Recenzja spektaklu w reż. Krzysztofa Materny w Teatrze Bagatela w Krakowie
,,Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem.
No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?”
– cytat z filmu „Rejs”
Czy teatry mogą być jak platforma streamingowa, która produkuje kolejny serial, bliźniaczo podobny do poprzedniego, tylko dlatego, że poprzedni dobrze się sprzedał? Na podejmowanie takich prób patrzę z wielką rezerwą, a w kontekście spektaklu ,,Kochamy Skowronki talent show” wręcz z niepokojem.
Teatr Bagatela, pod artystycznym kierownictwem Krzysztofa Materny, już wielokrotnie pokazywał, że można z sukcesem przygotować ,,remake” autorskiego spektaklu, sądzę, że „Henryk Sienkiewicz. Greatest Hits” czy „Słownik ptaszków polskich” były tego świetnym przykładem. Format ten zdążył się jednak nieco wyczerpać i tym razem zdecydowano się postawić na przedstawienie bliższe głośnemu widowisku ,,Bagatela Śpiewa”. Jednak tam gdzie poprzednia produkcja słusznie rezygnowała z budowania warstwy fabularnej stawiając po prostu na rewiowo/estradowy charakter, obecna stawia na satyrę i „komentarz do aktywności mediów w branży rozrywkowej”.

„Kochajmy skowronki talent show” stara się nadać nieco humorystycznej głębi i spójności wydarzeniu stricte muzycznemu. Niestety dzieje się to w sposób zupełnie nietrafiony, pozbawiony zdecydowania. Poza nielicznymi wyjątkami całość spektaklu dzieli się na dwa porządki, pierwszy muzyczny, w którym prezentuje się młodsza część obsady, i drugi „satyryczny”, za który odpowiada Ewa Mitoń, Krzysztof Bochenek, Krzysztof Materna, Marcel Wiercichowski i Sławomir Sośnierz. Brakuje głębszego przenikania się tych dwóch płaszczyzn, brakuje też nadania indywidualności poszczególnym bohaterom spektaklu, uczestnikom talent show. Wywołuje to wrażenie zupełnej sztuczności, kreowanego świata, który pozostaje niepełny, nieciekawy, odarty z istotnej dla komedii warstwy realizmu, w którą jako widz mógłbym wejść i poczuć się jego częścią.
Niespecjalne wrażenie robi również oprawa wizualna, groteskowe kostiumy Macieja Zienia, ponownie w części „młodzieżowej” odpowiadają temu co widujemy na estradach, a w części „satyrycznej” są koszmarem obszytym cekinami, przesadzonym poza granice humorystycznego umiaru.
Odbiór tego spektaklu ratowały dla mnie jedynie trzy elementy. W pierwszej kolejności jest to przygotowanie wokalne i aktorskie opracowanie wykonywanych w spektaklu piosenek. I nie sposób się dziwić, Bagatela od dłuższego czasu buduje sobie bazę naprawdę świetnego zespołu aktorskiego z wysokim poziomem wokalnym. Na gruncie tego spektaklu mówimy o takich osobach jak Przemysław Branny, Justyna Schneider, Patryk Szwichtenberg, Natalia Hodurek-Ratuszny (która nawiasem mówiąc zrealizowała jedno z najbardziej wzruszających wykonań w tym spektaklu), Izabela Kubrak i Kamila Pieńkos, z których każde ma na koncie bogaty wachlarz muzycznego doświadczenia, z autorskimi lub solowymi albumami muzycznymi włącznie. Ale mówimy także o wschodzących gwiazdach takich jak niedawno nominowana w plebiscycie musicalowym za rolę w spektaklu ,,Proces” Katarzyna Żbel, wszechstronnie uzdolnieni Krzysztof Cybulski i Miłosz Markiewicz, oraz finalistka 46. PPA Monika Padewska. Zespół, którego może pozazdrościć i West End, i Broadway.
Drugim elementem, który zasługuje na docenienie jest choreografia, przygotowana przez Wojciecha Dolatowskiego. Uważność z jaką ruch zgadza się z charakterem i ekspresją muzyczną poszczególnych utworów jest nie tylko dopełnieniem aktorskich kreacji indywidualnych i zbiorowych. Ruch (co nie dla każdego jest oczywiste) pozostaje tutaj równorzędną płaszczyzną wyrazu, obok warstwy muzyczno-wokalnej i literackiej.
No i ostatni element, a mianowicie opracowanie muzyczne – Dawid Sulej Rudnicki. W zasadzie na tym mógłbym zakończyć uzasadnienie, ale dla tych, którym los lub brak czasu poskąpił zaznajomienia się z pracą tego artysty, z przyjemnością rozwinę. Bo cóż może w opracowaniach muzycznych być bardziej pociągającego niż przełamywanie utartego charakteru znanych utworów i nadawanie im nowego kolorytu tak, że gdy spragnieni powtórki z wrażeń w spektaklu odpalimy sobie oryginalne wykonania, wydadzą się być mdłe i już zdecydowanie słabiej przemawiają do ucha? Takich cudów dokonuje Dawid Sulej Rudnicki, i już niejedną piosenkę „zepsuł” mi w ten sposób, bo oryginalne wykonania okazują się być „mniej”. Mniej nostalgiczne, mniej wesołe, mniej pompatyczne. Przez tego muzyka już nigdy tak samo nie spojrzę na utwory Sikorowskiego, Pawluśkiewicza czy Turnaua.
Zmagam się z ostateczną rekomendacją dla tego spektaklu. Podstawowy rdzeń, muzyczny i wokalny, pozostaje bez zarzutu, spełnia wymogi jakie przed nim można było postawić i w zupełności zadowala oczekiwania. Z drugiej strony satryczyno-humorystyczne ozdobniki są w tym przedstawieniu jak barokizowanie gotyckich budowli – zbędne i przytłaczające. Jednak mimo wszystko dla tego co w tym spektaklu dobre, warto przecierpieć niezręczności jakie się weń wkradły i cieszyć się całą resztą.
Mateusz Leon Rychlak