Diabeł w teatrze, czyli dom wariatów
Recenzja spektaklu w reż. Krzysztofa Jasińskiego, premiera z okazji 60-lecia Teatru STU
Verweile doch, du bist so schön!
– Goethe
Teatralny recykling to niekiedy męcząca i pozbawiona polotu składanka zgranych przebojów. Są jednak miejsca, gdzie spektakle posługujące się takim motywem są uzasadnione. Modelowym przykładem jest najnowsza premiera w Teatrze STU w Krakowie pt. „Pan Twardowski. Faust Krakowski” w reż. Krzysztofa Jasińskiego.

Dlaczego uważam, że temu spektaklowi należy się przychylne spojrzenie? Niewiele jest teatrów, które utrzymują swoją wieloletnią tradycję, nie tylko w okolicznościowych wydawnictwach i akcjach edukacyjnych, ale wprost na scenie. Teatr STU od 60 lat tworzy spektakle, przez które przewinęła się legenda polskiego teatru. Dziś awangarda dzieje się w innych miejscach, STU natomiast utrzymuje swoją bardzo ważną rolę łącznika świata starego ze współczesnym.
W jaki sposób przekłada się to na spektakl ,,Pan Twardowski. Faust krakowski”? Przedstawienie zabiera widzów w podróż przez światy i obrazy. Mefistofeles (Krzysztof Pluskota) po krótkiej rozmowie z Najwyższym (posługującym się głosem Krzysztofa Jasińskiego) wpada do starego Fausta (Andrzej Róg) i unosi go, zgodnie z życzeniem, ze stagnacji w niepewne poszukiwanie. Po chwili scena powtarza się ale już w bardziej klasycznej postaci i z młodszą wersją Fausta (Marcin Januszkiewicz), z tym że zamiast po prostu wędrować przez miejsca, wędrówka odbywa się przez teatralne dramaty i inscenizacje. Shakespeare, Ende, Wyspiański, oni wszyscy wypowiadani niegdyś ustami Nowickiego, Stuhra, Treli, powracają jako etap podróży Fausta.
Ta sentymentalna podróż mogłaby być nudna, gdyby nie pewna doza szaleństwa wprowadzana przez Mefistofelesa. Błaznowanie tej postaci wprowadza w powagę wielkich słów tę odrobinę dreszczu jaki powinien towarzyszyć każdemu teatrowi. Poza tym recytacja poszczególnych fragmentów poezji, prozy i dramatu nie jest pozostawiona bez kontekstu i odniesienia do przeszłości teatru STU, w końcu spektakl jubileuszowy ma swoje prawa. Przede wszystkim natomiast STU uczy, że sztuka teatralna musi mieć w sobie coś z jarmarcznej sztuczki. Widz musi zostać oczarowany i oszukany, już to sprytną podmianą bohaterów, już to basenem z wodą pokrytym mgłą tak, że nagle zapadnia w podłodze staje się piekielną czeluścią, a aktorka rusałką z obrazu Pruszkowskiego.
Bez wątpienia uboższe byłoby spotkanie z tym spektaklem bez warstwy muzycznej. W jednym wymiarze stanowią ją utwory znane z dawniejszych przedstawień wykonywane przez aktorów, w drugim akompaniujący na żywo Piotr Rościszewski.
Przedstawienie niestety nie obywa się bez mankamentów. Pierwszy akt zdecydowanie odstaje na tle całej reszty. Przypomina mi zbyt długą i nieciekawą uwerturę przed właściwym koncertem, a co najgorsze skomponowaną przez zupełnie innego twórcę. Bardziej oczywistym problemem jest tytuł przedstawienia, które zupełnie nie przystaje do jego treści. Na próżno poszukiwać Twardowskiego, za to Fausta dostajemy aż w dwóch postaciach.
Całe szczęście te kłopoty przysłania swoboda towarzysząca sposobowi przedstawienia podroży Fausta. Tutaj jak drzewa migające przy starej drodze na Lublin, zmieniają się sceny i charaktery. Mamy okazję odkryć cały kunszt filozoficznej komediowości Krzysztofa Pluskoty, a także wielowymiarową werwę Marcina Januszkiewicza, czy sprawność językową Joanny Pocicy, która w latynizowanym monologu prosto z Owidiusza, zamknęła tyle komizmu, że scena oraz piszący te słowa mogły pęknąć od szczerego śmiechu.
Chętnie spotkałbym się w tym spektaklu z jeszcze głębszym zanurkowaniem w pokłady teatralnej przeszłości. Niedosyt ten potęguje dwoistość zakończenia, z jednej strony emocjonalnie rozdartego na strzępy przez starego Fausta, a z drugiej z cichym niedowierzaniem wygładzonego słowami Mefista. Mimo tego spektakl jest zupełny i kompletny, a podróż przez Styks dokonuje się już poza okiem widza.
60 lat to szmat historii. Osobiście na bieżąco zapoznaję się dopiero z ostatnim pięcioleciem i mam nadzieję, że zapoznawać się nie przestanę nim nie rozdziobią mnie kruki i wrony. Do tego czasu nurzanie się w teraźniejszości z opowieściami tak starymi jak i nowymi w STU będzie niczym innym jak stałym punktem mojego teatralnego kalendarza. Czego zarówno widzom jak i Teatrowi życzę.
Mateusz Leon Rychlak