Do ostatniego…

Recenzja spektaklu z Teatru KTO (reż. Józef Opalski, scen. Anna Burzyńska)

Play it, Sam. Play „As Time Goes By”
– cytat z filmu „Casablanca”

Kto nocami przesiaduje w pustych lokalach? Lekkie wyobrażenie na ten temat daje np. obraz „Nocne marki” Hoppera. Ale czy zawsze będzie to kobieta w eleganckiej czerwonej sukience wykorzystywanej w filmach od kiedy tylko kolor zawitał na duże ekrany? Czy będzie to nienagannie ubrany mężczyzna w kapeluszu? Obraz Hoppera, choć nostalgiczny nie przemawia o samotności wyzierającej z opróżnionego do połowy kieliszka. Opowieść o tym smutku to domena zupełnie innego dzieła, a mianowicie spektaklu ,,Café Luna” (reż. Józef Opalski, scen. Anna Burzyńska) w Teatrze KTO w Krakowie.

fot. Wacław Pyzik

Proszę sobie wyobrazić, późna noc, ostatnie niedobitki klientów, których pochwyciła gorączka sobotniej nocy ugasiły pragnienie, właścicielka lokalu zaczyna szorować blaty, orkiestra sennie składa instrumenty… W ostatniej chwili przed zamknięciem do baru wpadają cztery bohaterki. Gdy spektakl rozpoczyna się w taki sposób dość łatwa do przewidzenia jest struktura dalszego ciągu. I rzeczywiście „Cafe Luna” wykorzystuje bardzo klasyczny motyw prowadzenia dramaturgii, a główny konflikt opiera się na tragedii zazdrośnie wydzieranych sobie przez bohaterki wspomnień.

Niektórzy gotowi by uznać, że w tym spektaklu fabuła schodzi na drugi plan, i jest wypełniaczem pomiędzy kolejnymi piosenkami do melodii z filmów Pedra Almodovara (teksty autorstwa Anny Burzyńskiej są bowiem autorskie, nie stanowią tłumaczeń). Rzeczywiście, wobec nostalgicznej, melancholijnej i dramatycznej muzyki, wykonywanej na żywo przez zespół w składzie Jakub Nieć, Damian Mielec i odpowiadający za kierownictwo muzyczne i aranżacje Aleksander Brzeziński, fabuła przecieka przez palce, jak księżycowe światło.

Mimo tego, zupełnie nie wydaje mi się to wadą. Jako widz doświadczałem realizmu zatopionej w nocnym oparze zmyśleń rozżalonych bohaterek, a wszystkie nadprzyrodzone wydarzenia przyjmowałem zupełnie naturalnie. W końcu są takie noce, kiedy wszystko się może przytrafić. Codziennie wydarza się w czyjejś głowie nowe „Wesele”, a na niejeden cmentarz przybywają duchy. Bez większych problemów zatem przyjmuję, że w jakiejś beznadziejnie ponurej piwniczce pojawia się personifikacja marzeń i wspomnień każdej z bohaterek.

Przechodząc zaś na grunt oceny warsztatowej, to kilka aspektów naprawdę mnie ujęło. W pierwszej kolejności choreografia, opracowana błyszczącego ostatnio w przygotowaniu ruchu scenicznego spektakli Wojciecha Dolatowskiego. Sekwencje taneczne, akrobatyczne, a nawet zwykłe przepychanki mają w sobie pod dostatkiem precyzji i mogą się śmiało rozwijać w ramach kolejnych pokazów spektaklu.

W drugiej kolejności, należy wspomnieć o reżyserii świateł. Na scenie pozbawionej należytego zaplecza, na której aktorki i jeden aktor widoczni są jak na dłoni, dzięki światłu budowana jest plastyka scen, sprytnie podkreślany charakter utworów, albo wręcz przeciwnie, budowany jest ostry kontrast. Wszystko to w połączeniu z ogromnym, okrągłym lustrem w tyle sceny, buduje to czego oporna przestrzeń nie jest w stanie zapewnić: przestrzeń i głębię. Za dokonanie tej sztuki odpowiedzialny jest Michał Drozd.

Za trzeci i najważniejszy filar tego spektaklu (poza wspomnianą powyżej muzyką)  odpowiedzialne są już bezpośrednio Katarzyna Galica, Małgorzata Hachlowska, Bożena Zawiślak-Dolny, Aleksandra Konior-Gapys, Sylwia Chludzińska przy współudziale Pawła Wolsztyńskiego. Dzięki przygotowaniu wokalnemu Justyny Motylskiej, a także własnemu warsztatowi aktorskiemu podporządkowanemu dyrygenturze Józefa Opalskiego, z opowieści, która utonęłaby w krakowskim, teatralnym rogu obfitości dostajemy bardzo solidnie zagrany spektakl.

Rekomendację mam jednoznacznie pozytywną, z jednoczesną nadzieją, że Teatr KTO będzie się prezentował co najmniej równie dobrym poziomem w swoich pozostałych produkcjach.

Mateusz Leon Rychlak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *