Reportaż z narodowej traumy

Recenzja spektaklu w reż. Jakuba Skrzywanka (scenariusz Jan Czapliński, Jakub Skrzywanek) w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie

„A my mamy wielką scenę:
dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż.
Przecież to miejsce dość obszerne,
by w nim myśl polską zamknąć już[…]”
– Stanisław Wyspiański

Przed kilkoma dniami na portalu Wprost pojawił się wywiad Małgorzaty Szczepańskiej z Jakubem Skrzywankiem, który dzieli się w nim swoją wizją teatru w Polsce, podsumowując dotychczasowe działania z pierwszego roku pracy na stanowisku zastępcy Dyrektorki ds. Artystycznych w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Po przeczytaniu tego wywiadu stwierdziłem, że to czas bym nareszcie skonfrontował się z niełatwym i szeroko promowanym w ubiegłym sezonie spektaklem „Zamach na Narodowy Stary Teatr”.

Fotografia ze spektaklu ,,Zamach na Narodowy Stary Teatr"
fot. materiały teatru

Od premiery mija niemal rok. Wielu pożeraczy teatralnych recenzji pamięta nie lada burzę rozpętaną zaraz po tym wydarzeniu. Krytyczne głosy można było usłyszeć niemal zewsząd. Szczególnie dobrze pamiętam tytuł tekstu Dariusza Kosińskiego w Tygodniku Powszechnym: ,,Narodowy kapiszon”. Czy jednak można się zgodzić z tą krytyką?

Krytycy teatralni chorują niekiedy na obsesję słuszności. W przeciwieństwie do widowni posiadają okazję do wypowiedzi, których treść bywa analizowana przez artystów, twórców i dyrektorów teatrów, a także innych widzów. Jednakże dowolna wypowiedź krytyczna wymyka się zasadom obiektywizmu, co jest charakterystyczne dla nauk humanistycznych i społecznych. Z tego powodu żadna krytyka nie będzie posiadać monopolu, a co gorsze krytyce nie można przypisać wartości prawdy lub fałszu, pozwalającej różnicować wagę poszczególnych opinii. Prawdą jest jedynie to, że krytyk wypowiada swój subiektywny sąd, popierając go własnym doświadczeniem, wyczuciem estetycznym i sprawnością z jaką posługuje się przysłowiowym piórem.

Krytyk piszący te słowa, swoje subiektywne zdanie streści następująco: obok ,,Zamachu” nie sposób przejść obojętnie. I to już można uznać za probierz wagi tego spektaklu. „Zamach” to Widowisko, w każdym tego słowa znaczeniu. To wydarzenie rozciągające się nie tylko na scenie i widowni, ale również umownie w przestrzeni poza teatrem. Jakub Skrzywanek bardzo silnie zaznaczył, że realizm jest dla niego priorytetem, posługując się zarówno nowinkami technologicznymi w postaci deep-fake’ów generowanych przez algorytmy sztucznej inteligencji, jak i najprostszymi, a zarazem najsilniej oddziałującymi narzędziami narracji teatralnej. Po pierwsze akcja spektaklu umieszczona jest w budynku i na scenie, na której odbywa się przedstawienie, po drugie widownia wciela się kolejno w widownię spektaklu, rocznicy zamachu i próby w teatrze. Czynne, choć milczące uczestnictwo, w akcji „Zamachu” głęboko zmienia stosunek oglądającego, potęgując doznanie obcowania z wydarzeniem balansującym na granicy prawdziwego świata i teatralnej opowieści.

Tą drogą można by pójść do końca. Stworzyć fikcyjny obraz dokumentalny, po obejrzeniu którego z fotela w czwartym rzędzie widz wychodziłby oszołomiony żmudną prawdziwością tego, co miał okazję zobaczyć. Odarcie jednak teatru z mistycyzmu, przy takiej okazji zagłębienia się we wszystko co bolesne i okrutne? To byłoby w złym stylu, jakiego nie reprezentuje Jakub Skrzywanek. Pod koniec drugiego aktu porzucamy częściowo realizm, pogrążamy się w fantazji, zmonochromatyzowanej jak stara fotografia. Umieszczony od początku spektaklu nad sceną zegar odliczający czas przed i po zamachu, zaczyna szaleć. Wkraczamy oto w zakończenie.

Zanim jednak tam zawędruję, pozwolę sobie chwilę poświęcić kreacjom aktorskim, bez których wspomniany wyżej realizm, byłoby niezwykle trudno osiągnąć. Wyróżnić należy dwie grupy bohaterów. Pierwsza to postaci powołane do życia przez twórców spektaklu, które istnieją tylko w rzeczywistości przedstawienia. Za ich kreacje odpowiedzialni są między innymi Zbigniew W. Kaleta, Paweł Kruszelnicki, Karolina Staniec, Przemysław Przestrzelski, Iwona Budner czy nareszcie Grzegorz Mielczarek. Te kreacje są częścią tylko częścią opowieści, ich realizm zależny jest od poprowadzenia przez reżysera i od kunsztu aktorskiego. W tej grupie wyróżnił się szczególnie Grzegorz Mielczarek, budując postać, która zwróciła uwagę jury podczas Festiwalu Boska Komedia, co zostało uwieńczone nagrodą aktorską za „wirtuozerską, pełną niuansów kreację   cynicznego manipulatora, który bezwzględnie oddziałuje na emocje widzów”.

Druga grupa, zdecydowanie mniej liczna, to postaci, które posiadają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Te kreacje to Radosław Krzyżowski i Dorota Segda. Ta dwójka miała przed sobą postawione zadanie kluczowe z punktu widzenia tego spektaklu. Odpowiedzialni byli za zatarcie granicy, za połączenie świata fikcji ze światem realnym. Zadanie karkołomne, jednakże nie bez przyczyny zostało powierzone właśnie tym osobom. Dość powiedzieć, że zadanie nie okazało się ponad ich siły, nawet w ostatniej części spektaklu.

No właśnie. Ostatnia część. Moment, gdy w pełni ukazuje się dramaturgiczne zacięcie, wizualny artyzm i aktorski kunszt twórców spektaklu. Zakończenie, które w zasadzie jednoosobowo dźwiga Dorota Segda monologiem na tle umierającej gwiazdy, pod zegarem pędzącym aż po kres czasu. Nawet jednak w tym podniosłym momencie, gdy przez otwarte okno wpada oddech teatralnego spełnienia… Jakub Skrzywanek nie porzuca twardego i konsekwentnego realizmu. Dorota Segda nie ulatuje na chmurze jak Kordian. Dorota Segda jest prawdziwa, a życie musi się toczyć dalej. To przekłute marzenie o ucieczce w baśń jest ostatnią, bolesną, ale potrzebną szpilą, którą aplikuje w swoim epilogu ,,Zamach na Narodowy Stary Teatr”.

Mateusz Leon Rychlak

Dorota Segda w spektaklu ,,Zamach na Narodowy Stary Teatr”
fot. materiały teatru

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *