Afazja polskości

Recenzja spektaklu z Narodowego Starego Teatru w Krakowie w reżyserii Anny Obszańskiej z dramaturgią Macieja Podstawnego.

Kto w ziemie bogaty,
Niech wraca do chaty,
Kto chce, niech miecz
Przekuje na pług!

– Straszny Dwór, Akt I

Czasami najtrudniej jest znaleźć odpowiednie słowa. W takich wypadkach pozostaje zazwyczaj gest lub muzyka. A co, gdy pozostaną one jedynymi środkami wyrazu? Pozbawiony zdolności mowy bohater staje się zakładnikiem własnego ciała, tak jak my stajemy się niewolnikami własnej historii. Oto jaki przekaz – potężny, odarty niemal z składnej mowy – bije ze spektaklu „Straszny dwór” w reżyserii Anny Obszańskiej i z dramaturgią Macieja Podstawnego.

fot. materiały teatru

Nieczęsto zdarzają się spektakle, krytycznie odnoszące się do klasycznego dzieła polskiej kultury, o tak wysokiej wartości artystycznej i przekazie, który choć nie jest bezwzględnie zakorzeniony w treści dzieła (spektakl nie stanowi adaptacji), to broni się własną doniosłością. Rozważanie na temat historycznego piekła przekazywanego w spadku kolejnym pokoleniom, podbudowane muzyką Moniuszki prezentuje wzorowy przykład w jaki sposób można odnosić klasykę do współczesnych kontekstów.

„Straszny dwór” reklamowany jako horror, pozostaje do szpiku kości symboliczny. Płótna obrazów krwawią z malowanych ran, tatuaże na ciele Zbigniewa (Łukasz Szczepanowski) są wycinkami z malarstwa Matejki i filmów Wajdy. Materializuje się przysłowie ,,z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”.

Milczenie bohaterów wymaga od aktorów wyrazistości w swoich kreacjach. Niewątpliwie temu wymogowi podporządkował się Błażej Peszek, wplatając przede wszystkim agresję do swojej postaci. Adam Nawojczyk za to wcielając się w Klucznika, postawił na ociężałość podpartą starczym przygarbieniem. Paulina Kondrak wykorzystuje rozedrganie, wskazujące na niepewność i niestabilność, czemu przeciwstawia się Beata Malczewska, stateczna i dostojna. Niezwykle trudno jest oceniać rolę Krzysztofa Globisza, który z uwagi na problemy zdrowotne, korzystać może z ograniczonego repertuaru narzędzi, jednak gdybym był Japończykiem, nie mającym wcześniej pojęcia o istnieniu tego artysty, nie odróżniłbym tego co jest ułomnością od tego co stanowi grę. Brak jest fałszywych kroków i niezręczności, wszystko w czym Globisz na scenie uczestniczy pozostaje przemyślane. Artysta jest aktorsko obecny i świadomy, ba, nawet w ściśle określonych wymogami fabuły, dominujący. Mogę jedynie chylić czoła, przed tym co miałem okazję zobaczyć.

Niezwykle pieczołowicie opracowano również kostiumy. Projekty Mateusza Jagodzińskiego, w szczególności patchwork stroju szlacheckiego i munduru legionisty z I WŚ, oraz wykorzystanie bagnetów od karabinu austro-węgierskiego karabinu Mannlicher, którymi przeszyty jest Stefan (Błażej Peszek) są niezwykle dopracowane i wyśmienicie sprawdzają się jako nieme biogramy poszczególnych postaci. Stylizowane kostiumy w połączeniu ze scenografią wypełnioną historycznym malarstwem, trumnami, czaszkami i arsenałem różnego rodzaju broni łączą się ze sobą jak puzzle składając się w jeden obraz, będący esencją koszmaru martyrologii.

Obszańska i Podstawny jednak w całej odysei przez koszmary zbiorowej pamięci i mity horrorów polskości, przełamują na koniec ten brutalny obraz jednym promykiem nadziei. Epizodyczne pojawienie się młodego chłopca, który wciąga Łukasza Szczepanowskiego – z przyszytymi do nagiej skóry medalami – w zabawę, sprawia, że tragedia naszej przeszłości, zanika wobec teraźniejszości.

Przez taki zupełnie niespodziewany zabieg, finał dociera do świadomości powoli, dopiero gdy po odebraniu płaszcza z szatni, samotnym krokiem przemierza się ulicę. Spotkanie z tym przedstawieniem zmusza do wyniesienia refleksji poza próg budynku teatru. Twórcy lekko kopnęli ku nam piłkę, przez resztę boiska musimy przebiec sami.

Mateusz Leon Rychlak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *