Blizny i strupy

Recenzja spektaklu dyplomowego studentów i studentek Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie w reż. Pawła Miśkiewicza

,,Miasto pochłania i przeżuwa,
prędzej czy później wypluwa
wraki człowieka –
lepiej się trzymaj od tego z daleka’’

– Tomasz Lipiński ,,Miasto fcionga”

Nie wiem za co ludzie kochają Dorotę Masłowską, ale mnie zawsze pociągał w jej tekstach podszyty krytycznym dystansem realizm. Były takie piękne czasy, kiedy w Tygodniku Powszechnym ukazywały się felietony tej autorki. Niestety ostatni ukazał się bodajże w 2022 r. i od tego czasu o autorce nie było zbyt głośno. Dopiero w 2024 r. powróciła z książką „Magiczna rana”, która od razu zyskała uznanie jako świetny materiał teatralny, co potwierdził spektakl w Teatrze Słowackiego w Krakowie.

Zdjęcie ze spektaklu ,,Magiczna rana'' Fot. Igor Lach
fot. Igor Lach

Teatralne wody zostały sprawdzone, zatem na kolejne inscenizacje nie trzeba było długo czekać. Tekst ten zagościł w Warszawie w Teatrze Studio, a także został wzięty na warsztat jako materiał do spektaklu dyplomowego w AST w Krakowie. Spektakl ten w reż. Pawła Miśkiewicza to wciągająca odyseja, po krainach wszystkiego co w Masłowskiej sprawdzone, popularne i nieprzyzwoicie atrakcyjne.

Jednakże nie od razu dałem się w ten świat wprowadzić. Wybrana otoczka scenograficzna to nie miejskie blokowiska, szare domy z betonu z piosenki Martyny Jakubowicz, które zwykle kojarzą mi się ze światami Masłowskiej. Barbara Hanicka odpowiedzialna za scenografię, wybrała wysychające oczko wodne, poplamione farbą jak paleta malarza, potrzaskany pomost i budowlane rusztowanie, jednym słowem urbex. Do tego swoje trzy grosze dodaje Anastasija Gippenreiter kostiumami z jednej strony zwyczajnymi, ale uzupełnianymi resztkami do recyklingu, puste putelki, puszki, pompowane gumowe przebranie. Ruina prawdziwego życia, której sens dociera powoli, ale konsekwentnie. Ostatecznie dopiero w połączeniu z ,,potrzaskanymi” losami bohaterów wybory scenograficzno-kostiumograficzne nabierają głębszego sensu.

Jak tych bohaterów sportretowali aktorzy i aktorki? Spośród trzech tegorocznych spektakli dyplomowych w krakowskiej AST „Magiczna rana” wydaje mi się najbardziej różnorodna, zarówno pod względem kreacji jak i osobowości.

Na pierwszy plan w całym tym wachlarzu indywidualności wysuwa się Jan Marczewski, który odpowiada za muzykę w spektaklu. O samej muzyce nieco później, natomiast w warstwie aktorskiej Marczewski, odgrywając postać nieudanego reżysera, robi to w sposób niewymuszony i swobodny. Mogąc stworzyć bohatera ponurego i zgorzkniałego, aktor wybrał inną drogę, ukazując żałosną śmieszność tej postaci, co mi osobiście bardzo pasuje do ogólnego charakteru spektaklu.

Z Janem Marczewskim w tym segmencie występuje Emilia Cetnarowska, posługując się podobną paletą narzędzi aktorskich, idzie jednak w kierunku zblazowania niby udanym życiem, które sypie się od środka. Za to w pozostałej części spektaklu, korzystając z bardziej agresywnych środków wyrazu Cetnarowska jasno podkreśla, że potrafi dobrze operować diapazonem i absurdem.

Kolejna osoba to Julia Dajworska, dwukrotnie postawiona jako opozycja do głównego nurtu historii. Za każdym razem postawiono przed nią podobne zadanie, wprowadzenia odmiennego charakteru od głównego przekazu danej sceny i w obu przypadkach spełniła swoją rolę. Zarówno partnerując Emilii Cetnarowskiej, jak i Katarzynie Skowron, w stworzonej przez Masłowską parodii romansu.

Skoro już o Katarzynie Skowron mowa to znów mamy dwa zapadające w pamięć oblicza, porzucona kochanka (w parze z Igorem Tasarzem) i (podzielona z Marceliną Bińczyk) Malaya. Te dwa fragmenty są chyba moimi ulubionymi w pierwowzorze, a Skowron miała okazję nadać im z jednej strony delikatny, a z drugiej mroczny koloryt. Z kolei Bińczyk, w swoją część włożyła niespodziewany refleks ostrości i cynizmu, który zaadaptowała również do pozostałych scen, wypadając interesująco na poziomie kreacji swoich postaci.

Aktorzy, którzy w tym spektaklu jeszcze wbijają się w pamięć to z całą pewnością również Adam Paczkowski, z całym aparatem aktorskim naśladującym deliryczno-narkotyczne rozedrganie nieodpowiedzialnego i zupełnie zagubionego bohatera, a także duet odpowiedzialny za przejmujące role neuroatypowego chłopca (Michał Bielawski), mającą w sobie podobny ładunek emocjonalny co kreacja Robina Williamsa w filmie „Jack” z 1996 r., oraz Matki (Magdalena Berus). Obie te role mają swój istotny udział w klamrowej konstrukcji spektaklu.

Za jeden z najbardziej ,,paranormalnych” elementów spektaklu odpowiadają Leonard Koterski i Nazarii Bunchuk, którzy wprowadzają lekko horrorowy klimat, co szczególnie podkreślone jest w kostiumie Bunchuka (można było dostrzec m.in. soczewki zmieniające kolor oczu).

Uczucia nieco mieszane mam w kontekście Maksymiliana Piotrowskiego, który niestety prezentował nienajlepszą formę, przede wszystkim dykcyjną, z drugiej strony poradził sobie z bardzo wyczerpującym epizodem i przygotował grunt pod jeden z kluczowych elementów tego przedstawienia.

Ostateczną gwiazdą jednak pozostaje jednak w tym spektaklu wspominana na początku muzyka Marczewskiego, otwierająca cały spektakl w swojej nieco psychodelicznej formule, nadaje dynamikę, zwłaszcza w pierwszej części spektaklu aż do momentu zwrotnego, wspólnej, wykonanej przez wszystkich aktorów piosence, której styl wybitnie pasuje do estetyki jaką kojarzę z tekstem, choć niekoniecznie z tym jaki jest ten spektakl.

Zbiór aktorskich indywidualności i wyrazistych kreacji niestety sprawił, że dramaturgia tego przedstawienia niekiedy kulała. Fragmentaryczność materiału źródłowego stanowiła duże wyzwanie, z którym nie zawsze twórcy sobie radzili. Intensywność poszczególnych scen i segmentów wyraźnie różni się między sobą, nie tworząc wyraźnego schematu budującego napięcie, a jeden z najbardziej podniosłych momentów (wspólnie wykonany utwór wokalny) umieszczony jest na półmetku.

Końcową rekomendację mogę jednak wystawić pozytywną, dlatego, że – jak rzadko się zdarza – żaden z aktorów nie został tu pozostawiony w tyle, i zdecydowanie jest to jeden z najbardziej skupionych na jednostkach dyplomów, spośród tych, które miałem okazję w ostatnich latach obejrzeć.

Mateusz Leon Rychlak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *