Jeszcze jedno oblicze
wywiad z Julią Piotrowską
Debiuty i premiery… Dla niektórych koszmar, przez to, że artyści mają jeszcze wiele nieoszlifowanych krawędzi, o które zadzierającym nosy purystom zdarza się pokaleczyć. Dla mnie debiuty to pozbawiona maniery obserwacja najbardziej naturalnych oblicz twórców, a podczas recitalu, który odbył się 23 października w Piwnicy pod Baranami, wspólnie z pozostałymi widzami miałem okazję zobaczyć aż trzy spośród oblicz Julii Piotrowskiej, studentki ostatniego roku Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie.
Dlaczego aż trzy? Ponieważ Julia Piotrowska zaprezentowała się jako wokalistka, ale również kompozytorka i pianistka, prezentując nie tylko utwory z repertuaru legend polskiej sceny muzycznej (Krystyny Prońko, Ewy Bem), ale również jedną z własnych kompozycji. Liczba trzy pojawiała się również w innych miejscach, choćby dlatego, że artystka zaprezentowała się w trzech sukienkach, dopasowanych do typu repertuaru, jaki prezentowała w danej części recitalu, a także – jeśli dobrze policzyłem – trzykrotnie wspomniała o związku wykonywanej piosenki z osobistym kontekstem romantycznym.

Taka obfitość – zarówno w treści jak i formie – zapewniła całkowity brak monotonii. Występ w towarzystwie akompaniującego na pianinie Konrada Mastyły oraz przy udziale skrzypiec (Gabriella Sarbiewska) i gitary basowej (Paweł Kuźmicz), wciągał różnorodnym charakterem w coraz to nowe przestrzenie: kołysanek, bossa novy i oczywiście poezji śpiewanej, zarówno w wykonaniach solowych, ale też w wielogłosowych tercetach, w których poza najważniejszym głosem tego wieczoru wystąpiły również Milena Uznańska i Paulina Józefowska.
W piwnicznym tłoku i gęstości oddechów trochę trudno jest wzlecieć, ale na tyle, na ile było to możliwe, recital zapewniał lekkość i swobodne przejście z małą łezką, ale suchą, choć bosą, stopą przez przygotowaną opowieść. Dlaczego bosą? O to zapytałem już samą artystkę.
MLR [Mateusz Leon Rychlak]: Twój recital nosi tytuł „Boso pod Baranami”, skąd się wziął pomysł na taki tytuł?
JP [Julia Piotrowska]: Tytuł wziął się stąd, że dwa lata temu na koncercie rozpoczynającym sezon Piwnicy pod Baranami w Teatrze Słowackiego śpiewałam piosenkę „Żywa woda”. To była ta sama piosenka, którą rozpoczęłam recital tutaj i tak sobie pomyślałam, że ta postać, która śpiewa „Żywą wodę”, to taka rusałka, boso w białej sukience, z wiankiem na głowie i tak sobie jakoś wymyśliłam, że na narodowej scenie wystąpię sobie boso. W Piwnicy były już osoby nazywane białymi aniołami, czarnymi aniołami, miedzianowłosymi aniołami… Wtedy na koncercie w Teatrze Słowackiego Leszek Wójtowicz nazwał mnie bosym aniołem.
MLR: W trakcie tego koncertu często nawiązywałaś do tego, że piosenki, które śpiewasz, miałaś wcześniej okazję przygotowywać w trakcie egzaminów albo na występy związane z Akademią Sztuk Teatralnych, ale też np. w trakcie Krakowskiego Salonu Poezji Anny Dymnej. Jak bardzo Twój muzyczny repertuar jest zdeterminowany przez to, z czym pracowałaś i co śpiewałaś w AST?
JP: Myślę, że w znacznym stopniu to wpłynęło. Zdecydowanie duży wpływ miała tutaj Anna Radwan i egzaminy, które z nią robiliśmy. Bardzo dobrze się nam razem pracowało. Przed AST słuchałam więcej zagranicznej muzyki, w szkole poznałam polską muzykę, taką, która mi się faktycznie podoba i której lubię słuchać, ale też wykonywać. Wśród artystów, którzy mnie zainspirowali, jest m.in. Ewa Bem. Są to takie utwory, które mi się już zawsze będą kojarzyć ze szkołą.
Zupełnie innym rozdziałem jest Piwnica pod Baranami, gdzie ten klimat krakowski jest niepowtarzalny. Myślę, że gdybym wyjechała na studia gdziekolwiek indziej, to bym go w takiej formie nie doświadczyła. Te piosenki – wydaje mi się – dla mojego pokolenia nie są tak bardzo sentymentalne jak dla pokolenia moich rodziców czy dziadków. Nie liczę tutaj ludzi z Krakowa, wtedy jest pewnie inaczej, ale ja sama nie byłam zaznajomiona z tym repertuarem aż tak dobrze. Wiedziałam, kto to jest Wójcicki, bo to był Pan Tenorek z Budzika, ale o całej tej kulturze piwnicznej nie miałam pojęcia i dopiero tutaj jej doświadczyłam.
Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia? Nie wiem, nie wiem… ale na pewno atmosfera wspólnych spotkań, tworzenia i grania jest mi bardzo bliska.
MLR: Czy sądzisz, że to, co udaje się tutaj tworzyć, te piosenki, zarówno nowe, jak i starsze, mają ładunek emocjonalny, który może przyciągać?
JP: Tak, myślę, że jak najbardziej. Pan Konrad Mastyło musiał mi najpierw przedstawić te piosenki, wytłumaczyć, streścić ich historię, Z czasem poczułam, jak wielką wartość ma ta poetyczność piosenek z piwnicy. . Teksty poetyckie są ponadczasowe i tutaj w ogóle nie ma dyskusji na ten temat. I pomimo że moje pokolenie słucha już bardzo odmiennej muzyki, to wydaje mi się, że w piosenkach z piwnicy są ponadczasowe treści, które osoba z odpowiednią wrażliwością jest w stanie przełożyć na własną wypowiedź.
MLR: Jak myślisz, jak bardzo to, że obecnie słucha się innej muzyki, innego brzmienia, wpływa na to, że treść tych starych utworów już nie dociera tak dobrze? Czy te stare teksty są podobne do tego, co mamy dziś?
JP: Na pewno. Choć jeśli chodzi o muzykę, to w dzisiejszych czasach mamy odejście od melodii. Mam wrażenie, że teraz wszystko jest oparte na rytmie. I to jest coś, co na zajęciach z historii muzyki w liceum – bo skończyłam też szkołę muzyczną – powiedział mi nauczyciel Witold Paprocki, że w dzisiejszych czasach ludzie odchodzą od melodii i skupiają się stricte na rytmie.
Na przykład rap to jest to samo, co się działo na początku rozwoju jazzu, który powstawał z rytmów plemiennych niewolników w USA, z tego potem wyewoluował blues, następny był jazz i tak dalej, a teraz znowu mamy powrót do samego rytmu i tekstu, Rap to jest taka forma dzisiejszej poezji „śpiewanej”.
Wydaje mi się, że treści są podobne, może troszeczkę mniej wolnościowe, bo młodzi ludzie nie odczuwają tak bardzo uciemiężenia, tak jak to było w czasach, kiedy trzeba się było chować pod ziemią, żeby takie treści śpiewać, ale dalej ponadczasowe motywy , takie jak – wiadomo – miłość (śmiech), to jest coś, co będzie zawsze z człowiekiem, obojętnie, w jakich czasach. Zmienia się tylko melodia… albo w ogóle znika czasem.
MLR: Twój recital to jest tylko ułamek tego, co robisz. Aktualnie uczysz w studiu piosenki. Występujesz też w musicalu „Zły” na podstawie powieści Trymanda w warszawskim Teatrze Rampa, a Twoim spektaklem dyplomowym był „Powrót z gwiazd” w reżyserii Ewy Rucińskiej. Jak porównałabyś pracę przy musicalach i w studiu piosenki z pracą nad recitalem?
JP: Ojej, to jest zupełnie inna praca! Wydaje mi się, że główną różnicą dla mnie jako dla wykonawcy jest to, że w musicalu jednak mam postać i tą postacią mogę się zakryć. Nie jest to tak bardzo osobiste wystąpienie na scenie. W musicalu masz ten mur z postaci i tak naprawdę nie jesteś samym sobą na scenie. Wchodzisz w formę, którą wcześniej sobie budujesz, odkrywasz. Recital to jest bardzo osobista forma wyrazu, która była cała oparta tylko na tym, kim jestem ja jako osoba, a nie tylko jako aktorka, nie tylko jako postać. To jest taka główna różnica. Oprócz tego w musicalu ważna jest punktualność. Jest bardzo dużo elementów zespołowych, więc dużo więcej aspektów zależy od tego, jak zespół działa i przez to jest też często bardzo mało swobody.
Szczerze powiem, że to nie jest moja ulubiona forma wyrazu scenicznego. To, że ja gram w musicalu, to jeszcze nie znaczy, że ja jestem w tej formie zakochana, ale… (westchnięcie)
Musicale były moją miłością, kiedy miałam 16–17 lat, a potem się to zmieniło. Między innymi dlatego wróciłam ze studiów z Londynu, gdzie studiowałam na London College of Music bo chciałam zmienić kierunek, który studiuję.
Musicale są bardzo dobrze zaplanowanym algorytmem, który ma w konkretnym momencie wzruszyć widza. Tam jest odpowiednia akcja, która rozgrywa się między bohaterami, oraz odpowiednia harmonia, która w danym momencie pojawia się w warstwie muzycznej żeby odpowiednio zadziałać na emocje widzów. Kiedy zorientowałam się, że ten algorytm istnieje i działa na mnie tak jak ma na mnie działać – to wtedy, z tą świadomością przestał a miłość do musicalu osłabła.
MLR: Chyba tak jest ze wszystkim, kiedy wiemy, jak to jest zrobione, to przestaje nas to aż tak bardzo dotykać.
JP: Może. Nie wiem, W pracy przy „Złym” było coś takiego, że każda scena, którą powtarzamy, musi zająć tyle samo czasu, ponieważ w tle leci podkład i ta scena jest na przykład pomiędzy pierwszą a drugą zwrotką piosenki. I nie ma tam miejsca na to, czy emocjonalnie zrobisz to w pięć minut, czy w siedem. Zawsze musisz to zrobić w te 3:52. W sztuce dramatycznej możesz zagrać w bardzo różnym czasie daną scenę. Oczywiście wpływa to na rytm spektaklu ale jednak daje więcej wolności.
MLR: Uważasz, że gdybyśmy w musicalach mieli orkiestrę na żywo, a nie nagrania, i to orkiestrę, która dokładnie słucha, w jaki sposób grasz i dopasowuje się bardziej do ciebie, czy to byłoby więcej wolności? Czy nadal nie?
JP: Myślę, że nie. Choć zdarzają się takie momenty, kiedy jest faktycznie orkiestra na żywo. Ja byłam świadkiem, właśnie jak miałam 16 lat, widziałam Hamiltona na West Endzie i znałam go wtedy na pamięć. I dokładnie wiedziałam, w którym momencie aktorka się pomyliła w piosence. Weszła za późno o dwa takty, a zespół, tancerze i orkiestra za tym poszli. Ale czy to jest tak znowu dużo wolności, to nie powiedziałabym.
MLR: Bardziej odporność na błędy niż większa wolność.
JP: Tak.
MLR: Wspomniałaś o tym, że studiowałaś w Londynie. Czy wspominasz dobrze ten epizod swojego życia?
JP: Czy dobrze? Myślę, że fakt mojej obecności w Polsce mówi sam za siebie. Była to absolutnie cudowna przygoda, która nauczyła mnie kochać mój własny kraj jeszcze bardziej.
MLR: Czyli Polska jednak jest wyborem, a nie przymusem.
JP: Tak, zdecydowanie. Jest wiele rzeczy, których nie doceniamy w naszym kraju. Na przykład tanie pociągi, darmowa edukacja wyższa albo przepiękna przyroda, która po prostu… Wiesz, mamy i góry, i morze, i jeziora, i możemy tam wszędzie dojechać, bo mamy względnie tanie pociągi i zniżki studenckie.. Ja nie mówię, że w Wielkiej Brytanii tego nie ma, ale ja tego nie widziałam, bo prawie nikogo nie stać na to, żeby podróżowali po Wielkiej Brytanii.
MLR: Trzeba powiedzieć, że no nie tylko śpiewasz, ale jesteś również pianistką i komponujesz. Sama wspomniałaś, że skończyłaś szkołę muzyczną. Jeden z Twoich autorskich utworów można było usłyszeć na recitalu. Opowiedz, co to jest za utwór dla tych, którzy nie byli na recitalu.
JP: To jest utwór pod tytułem „Szczytkówka”. Teraz już muszę chyba konsekwentnie używać nazwy tego utworu, mimo że mój producent kazał mi ją zmienić, bo podobno jest to mało chwytliwe hasło, ale nic mnie to nie obchodzi. [śmiech] Tak się nazywa ten utwór i jest o poznaniu pewnej osoby w moim życiu… O górach, o Beskidzie Żywieckim, o gwiazdach, o lesie. Myślę, że reszta to mówi sama za siebie w słowach i w melodii.
MLR: Słuchałem tego utworu, był bardzo poruszający i pytanie, czy takich utworów będzie można usłyszeć więcej. I jeśli już je można gdzieś usłyszeć, to gdzie?
JP: Na razie nie można ich usłyszeć. Ten utwór, który grałam na recitalu, miał wyjść we wrześniu, ale tak się sprawy potoczyły, że nie wyszedł, ale myślę, że to na plus, dlatego, że być może wydam cały album z lepszą wytwórnią. Planuję wydanie albumu, EP-ki cztero- albo sześcioutworowej, w przyszłym roku.
Chcę zrobić album konceptualny, bo bardzo lubię, jak muzyka opowiada historię. I będzie to tak zrobione, żeby każdy utwór był połączeniem polskiej muzyki folkowej z innym gatunkiem. Ten utwór, który usłyszeliście na recitalu, był napisany w skali doryckiej, a w wersji studyjnej ma bardzo mocne, kwintowe chórki.
MLR: To będę czekał z niecierpliwością. Ale skoro tworzysz swój album, a w recitalu sięgasz po piosenki z tekstami Osieckiej, ale też te z repertuaru Krystyny Prońko i Ewy Bem, to którą z nich, a może jeszcze kogoś innego, zaprosiłabyś do współpracy, gdyby to było możliwe.
JP: Charakter tego albumu będzie na tyle osobisty, że akurat do tego albumu chyba nikogo bym nie zapraszała. na kolejnych, kurczę… Myślę, że Ewa Bem, dlatego, że ona też kilka lat temu wydała singiel razem z Vito Bambino i jest otwarta na takie współprace z różnymi artystami, którzy, powiedzmy, działają bardziej współcześnie. Myślę, że mogłabym się od niej nauczyć zupełnie innego rodzaju emisji, ponieważ ona jest kształcona jazzowo. No i rytmu. Właśnie ten rytm, który dzisiaj jest tak naprawdę moim zdaniem ważniejszy nawet niż melodia, a po prostu Ewa Bem jest gwiazdą rytmu i różnych, nieregularności rytmicznych. Natomiast wokalnie zdecydowanie Prońko.
MLR: Czy można się spodziewać, że w najbliższej przyszłości Twój recital jeszcze się pojawi, czy tutaj na scenie piwnicznej, czy może gdzieś indziej?
JP: To się trzeba dobijać do Piwnicy w kwestii tego, czy będziemy to powtarzać. Mi się wydaje, że tak, ponieważ opinie po recitalu są jak najbardziej na plus, Zresztą zamierzam z tym występować też w różnych miejscach poza Piwnicą. Już w tym momencie przyszło mi do głowy, że w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie mogę wystawić ten recital, ponieważ Polonia jest bardzo chętna na tego typu repertuar, taki rdzennie polski, a ja mam kontakty jeszcze z czasów, kiedy tam mieszkałam. Ile faktycznie z tego wyjdzie, to nie wiem, ale w Piwnicy na pewno będziemy to powtarzać. Tak na 90%.
MLR: A gdzie Cię będzie można zobaczyć na scenie poza „Złym”?
JP: Najbliżej to 15 listopada w EC1 w Łodzi będę grać w projekcie „Mały Książę. Symfonia Światów”. Będzie to taki autorski projekt mojego kolegi Adama Kupaja z muzyką Marcina Sosińskiego, oparty właśnie na motywach „Małego Księcia”, wystawiany w ramach festiwalu Stanisława Lema.
MLR: W takim razie czytelnicy już wiedzą jakiego wydarzenia powinni wypatrywać, a co do reszty muszą być czujni. Dziękuję Ci za rozmowę i za jeszcze jedno Twoje oblicze poza tymi, które można było podziwiać na recitalu.
JP: Dziękuję za wywiad i mam nadzieję do zobaczenia na innych moich spektaklach!