Nowa twarz bio-teatru?
Recenzja monodramu Natalii Podymy
Piękno, podobnie jak śmierć,
wymaga długiej znajomości.
– Anne Delbée „Kobieta: Camille Claudel”
Czasami można trafić w ciągu jednego sezonu teatralnego na przebłyski jasnowidzenia. Swego czasu dosyć trafnie przewidziałem nagrody dla Samuela Drobisza oraz Michała Kamińskiego za ich występy w spektaklach dyplomowych. Miałem również przeczucie w sprawie nagrody dla Marty Nieradkiewicz za „Strach przed lataniem”. Trzecim takim moim przebłyskiem w tym roku była Natalia Podyma za monodram w swojej reżyserii pt. „(nie)ukształtowana”.

Wyróżniona podczas 51. Tyskich Spotkań Teatralnych aktorka to tegoroczna absolwentka AST we Wrocławiu, uprzednio prezentowała się w spektaklu dyplomowym pt. „Wierna wataha”, gdzie już przykuwała uwagę. Jest to jej pierwszy samodzielny występ sceniczny od czasu dyplomu. Czy jednak mogę się zgodzić z decyzją jury przyznającego omawiane wyróżnienie? Miałem to szczęście, że odwiedziłem przedstawienie będące podstawą jego przyznania.
Nieco ponad półgodzinne streszczenie życia Camille Claudel, artystki, współpracowniczki rzeźbiarza Auguste’a Rodina, to spotkanie z bohaterką, której historia oparta jest o jeden tylko motyw – rzeźbiarstwo. To właśnie ono stanowi główną oś spektaklu. Gipsowe popiersie, gliniane figurki i suknia, o roli tej ostatniej jeszcze opowiem. Dosyć jedynie stwierdzić, że każdy z tych elementów ma swoją rolę. Minimalizm pozwala na osiągnięcie tego poziomu wyrazu, który odrzuca wszystko, co zbędne. Z tego też powodu wykorzystanie dowolnego rekwizytu, elementu scenografii czy efektu wideo pozostaje na swoim miejscu, ściśle związany z dramaturgią i zadaniem realizowanym w danej chwili.
Autorka spektaklu bardzo mocno skupia się na związaniu publiczności ze swoją kreacją. Przełamanie czwartej ściany następuje już w pierwszych sekundach, przy zapełnianiu się widowni, a bezpośrednie interakcje w trakcie pierwszej sceny wyraźnie systematyzują relację, jaka powinna się wywiązać. Rozwiązanie może się wydawać nieco agresywne, jednak w przypadku tak syntetycznie zbudowanego spektaklu jest jedynym właściwym.
Dużą rolę odgrywa w spektaklu również zderzenie z zewnętrznym względem bohaterki światem. Obecność innych postaci odbywa się poprzez głosy z offu lub w sposób bardziej symboliczny w przypadku Rodina, przez rekwizyt i choreografię. W mojej opinii wplecenie takich elementów było słusznym wyborem, nadającym głębi i perspektywy, której widownia nie mogłaby przyjąć z pominięciem tych emocji, które targają postacią i są ukazywane przez jej pryzmat.
Ostatnim z ważnych elementów jest suknia – skostniała gipsowa figura, opięta na ciele aktorki. Kokon, kaftan, forma czy skorupa? Zmurszała powłoka, którą narzuca zewnętrzne spojrzenie i społeczny konwenans. Zamiast swobody plastycznej gliny, pokruszona statyczność gipsu. Tragedia przerwanej kariery, która już na zawsze pozostanie jedynie epizodem, przytłoczonym przez notkę biograficzną kończącą spektakl.
Natalia Podyma w swoim monodramie ukazuje, że teatr oparty na biografiach nie jest domeną zarezerwowaną wyłącznie dla przestrzeni słowa. Wprowadzanie narzędzi aktorskich niekoniecznie zakorzenionych jedynie w teatrze dramatycznym, rozbudowanie repertuaru środków wyrazu, wykroczenie poza granice czystej sprawozdawczości – oto co nowego ta artystka wnosi do świata bio-teatru, którego niekwestionowaną primadonną jest obecnie Agnieszka Przepiórska. W obliczu spektaklu „(nie)ukształtowana” warto spytać, jak długo miejsce na podium pozostanie niekwestionowane? Wszystko w rękach pretendentek takich jak Natalia Podyma.
Mateusz Leon Rychlak