Za zamkniętymi drzwiami
Recenzja spektaklu w reż. Piotra M. Wacha w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie
„Boże Wszechmogący, ześlij deszcz
i zatop to miasto.”
– Jakub Żulczyk „Ślepnąc od świateł”
Najtrudniejsze w życiu rzetelnego krytyka zawsze jest to, że niezależnie od tego jak bardzo niekomfortowe jest obcowanie ze spektaklem, opuszczanie go przed zakończeniem jest poza wszelką dyskusją. Zwykle dobija nuda, ale co gdy emocje są tak intensywne, że trudno sobie z nimi poradzić, gdy doznania estetyczne przekraczają znane granice? Spektakl ,,Sodoma” w reż. Piotra Mateusza Wacha, na podstawie tekstu współtworzonego wraz z Eliaszem Niezgodą, przesunął kilka moich granic daleko poza znane mi zakresy.

Jak wygląda Sodoma? Jest sterylna, biała, tak aby każdy element nie będący tłem wyraźnie się od niego odbijał. Figury zwierząt, czarny fortepian, elegancka sofa, a na niej rozparty on, wszechmocny bohater, pan ciała i umysłu, mistrz ceremonii, antagonista, w którego wciela się Jacek Poniedziałek. Jego aktorstwo wyraża wszystko, co najmroczniejsze w tym spektaklu i jest jedną z jego najmocniejszych stron. Poniedziałek ukazuje wszystkie oblicza postaci od wszechwiedzącego manipulanta po rozłożonego narkotycznym transem oprawcę, nie zatracając ani odrobiny wiarygodności.
Jego scenicznym partnerom pozostawia to naprawdę niełatwe zadanie. Być może właśnie z uwagi na tak silną osobowość sceniczną Wach zdecydował się na zabieg stworzenia postaci patchworkowej. W zależności od potrzeby główny bohater, odgrywany jest przez jedno z piątki aktorów, Patryk Sojka, Zuza Meyer, Alicja Sędzikowska, Wojciech Rybicki i – przyjmujący na siebie główny ciężar – Grzegorz Kestranek. Ten ostatni pozostaje główną emanacją bohatera spektaklu, dominując wyraźnie nad pozostałymi i siłą rzeczy to jego perspektywa wydaje się tą, za którą należałoby w spektaklu podążać. Sam Kestranek, ze swoją delikatną aparycją świetnie wypełnia rolę niewinności zaplątanej w wydarzenia, których nie jest w stanie kontrolować. Tym niemniej wykorzystuje z opanowaniem cały swój repertuar środków wyrazu w stworzonym przez reżysera środowisku, wiążąc ze sobą nierozerwalnie sympatię widza.
Siłą rzeczy pozostali aktorzy stanowią uzupełnienie kreacji Kestranka, w momentach, gdy wzmocnienie pewnych akcentów jest szczególnie istotne. Pewne rodzaje zagubienia lepiej rezonują, gdy w bohaterką jest kobieta, z tego powodu niekiedy pałeczkę przejmują Meyer i Sędzikowska, rozwijając repertuar upokorzeń, których udziałem pada główna postać i uniwersalizując przekaz.
Niewiele mam do powiedzenia o Janku Marczewskim, poza tym, że tworzy wyraźny kontrapunkt dla całej fabuły. Jego postać wizualnie i charakterologicznie odstaje od pozostałych, reprezentując emocje i zachowania, które w Sodomie wydają się nie być na miejscu: współczucie, troskę, odpowiedzialność. Ten bohater z punktu widzenia dramaturgicznego wnosi bardzo istotną wartość, jednak przez to nie narusza poważnie żadnej z granic. Z tego powodu zadanie postawione przed Marczewskim nie stanowi czegoś odkrywczego, tym niemniej aktor spełnia swoją rolę bez zarzutu.
Uwagi natomiast wymagają inne zagadnienia. Przede wszystkim według mnie dosyć niezręczny jest moment wyznaczenia połowy spektaklu. Obie części są nierównomierne, a także nie wynikają z siebie bezpośrednio. O ile akcja pierwszej dosyć powoli eskaluje, o tyle w drugiej natychmiast pojawia się dawka emocji, które trudno jest przetrawić. Ta różnica potencjałów wybiła mnie z rytmu. Po drugie, umieszczenie w spektaklu autorskich performansów: „Praktyka Przyjemności” Alicji Sędzikowskiej oraz „Byku” Wojciecha Rybickiego. Ten segment podbudowany choreografią pozostałych artystów, sprawił, że zatraciłem wątek. Choć pod kątem wykonania zapiera dech i wymaga uwagi, ta część spektaklu była nadmiernie obciążająca dla mnie jako widza, zwłaszcza w kontekście tego co wydarza się kolejnych. Widzę w tym zabiegu tylko jedno uzasadnienie, aby widownia miała okazję oswoić się z cielesnością i nagością bohaterów, tak aby dalsza, brutalniejsza część zyskała na autentyczności. W moim przypadku odniosło to skutek odwrotny.
Niemniej Sodoma pozostaje spektaklem świetnie ukazującym świat z jego najmniej przyjaznej strony. Takie opowieści można pod kątem tematyki umieszczać w jednym szeregu z „Ślepnąc od świateł” czy „Milczeniem owiec”, przyczepiając im etykietkę „przerażająco prawdopodobne”.
Jednak wybierając się na ten spektakl należy z wielką uwagą przyjrzeć się liście „trigger warnings” i poważnie potraktować zawarte tam ostrzeżenia. Ten spektakl to doświadczenie ekstremalne, na które wielu ludzi może nie być gotowych.
Mateusz Leon Rychlak